poniedziałek, 21 kwietnia 2014

ROZDZIAŁ V.

DOBRE WIEŚCI PRZY BOLESNYCH OKOLICZNOŚCIACH.


W drodze do szpitala bardzo parzyła mnie ta tajemnicza kartka. Kusiła mnie niepojętnie mocno, lecz moja silna wola i hart ducha stawiały opór tej diabelskiej ciekawości. Poza tym nie chciałem robic zamieszania i afery przy pani Andrei. Uważam, że wystarczy na dzisiaj emocji, jak dla niej. Chociaż znając życie, ono lubi zaskakiwac, jednak mam nadzieję, że już dzisiaj nie natkniemy się na żadną 'niespodziankę'..
Kiedy na chwilę przestałem myślec o tej sprawie, zwłaszcza o tej kartce, moje myśli przeszył straszliwy ból; zawsze dziwiłem się ludziom, którzy chcąc wyrzyc się na kimś, robią to właśnie na sobie. Uważałem takich ludzi za głupców. A teraz proszę, karty się szybko odwróciły, i to teraz ja jestem tym głupim, bezrozumnym człowiekiem. W sumie, nigdy nie uważałem się za kogoś inteligentnego lub mądrego. Chociaż to chyba kwestia samokrytyki, ale moją samoocena jest bardzo niska. Może i wyglądam na wymądrzałego i pewnego siebie mężczyznę, no ale cóż, ludzie bywają dziwni - a pozory mylą..
Weźmy na przykład taką panią Andree. Niby spokojna kobieta, a zarazem niezwykle opanowana, a za kółkiem samochodu prawdziwy pirat drogowy! Przecież ona tak szaleje na jezdni, że Chuck Norris przy niej się chowa i zostaje daleko w tyle. Niesamowita kobieta..
Ale nie dziwie jej się. Ból widac było w moich oczach, a pani Andrea jest bardzo spostrzegawcza i szczególnie wyczulona na takie sprawy. Czasami nawet odnoszę wrażenie, że jest panem Watsonem z Sherlock'a; nic nie umknie jej uwadze.  Nie umiem powiedziec, a raczej określic, czy jest to jej zaleta czy wada, dlatego nie chciałem przy niej otwierac tego papierku.
- Trzyma się pan? - spytała kobieta, spoglądając na mnie do tyłu samochodu.
- Jeszcze tak.. ale byłbym wdzięczny jednak, gdyby pani patrzyła bardziej na drogę.. - nerwowo wskazywałem palcem na przednią szybę auta.
- A tak tak, oczywiście.. - obejrzała się do przodu kobieta, a po chwili ciszy stwierdziła:
- Chyba nie jest pan zwolennikiem szybkiej jazdy - uśmiechnęła się złowieszczo kobieta.
- Wie pani, kobieta za kierownicą jest nieprzewidywalna, zwłaszcza w takich prędkościach.
- Haha, spokojnie panie Clouney, przynajmniej już dojechaliśmy pod szpital - zaśmiała się kobieta i z piskiem opon zaparkowała przy podjeździe do szpitala.
Ledwo wysiadłem z samochodu. Pierwszy raz w życiu cieszyłem się, że jestem pod szpitalem. Przynajmniej nie muszę obawiac się o swoje życie. Nie żebym się bał, ale jak już mówiłem; z kobietami nigdy nic nie wiadomo.
Weszliśmy do szpitala, podszedłem do recepcji i zarejestrowałem się. Nie musiałem długo czekac na przyjęcie mnie przez jakiegoś lekarza. Już po krótkiej chwili zawołano mnie do gabinetu.
- Witam panie doktorze - podałem dłoń, którą uścisnął mi ordynator tego szpitala.
- A witam, panie Clouney - odpowiedział, a ja bardzo zdziwiony, że mnie zna, chciałem się dowiedziec skąd wie kim jestem, jednak ordynator już wyprzedził moje pytanie - Jest pan prawdziwą gwiazdą w naszym miasteczku!
- Gwiazdą? - zaśmiałem się - Niby z jakiego powodu?
- Osiągnął pan w życiu wiele sukcesów. Rozwiązał pan niejedną najtrudniejszą zagadkę. Jest pan najlepszym detektywem w całym kraju. Wszystkie gazety i kolorowe czasopisma huczą o panu!
No proszę, czego ja się tutaj dowiaduję! Jestem gwiazdą, ale numer! Teraz tylko czekac, aż wręczą mi klucz do miasta, i te wielkie złote nożyce. Marzenie każdego przeciętnego człowieka..
- Ale chyba nie przyszedł pan tutaj, żeby powspominac pańskie osiągnięcia. Widzę, że miał pan mały wypadek. Mogę obejrzec ranę? - spytał ordynator.
- Ależ proszę - położyłem rękę na zimny, kamienny stół, nad którym położona była lampa pomocnicza. Ordynator dokładnie obejrzał ranę, i zaśmiał się.
- Nie dośc, że bohater wśród detektywów, to jeszcze cholerny szczęściarz. Kawałek szkła o mały włos nie przebił panu nerwów w ręce. Haha, normalnie cud! Zszyję panu ranę i może pan wrócic do domu.
- Całe szczęście! Bo moja klientka niańczyłaby mnie jak dziecko - westchnąłem z ulgą.
- A to pan w trakcie rozwiązywania kolejnej zagadki? - spytał ordynator, wyciągając z szuflady swojego biurka igły i nici.
- Tak, ale bardzo wolno ta sprawa brnie do przodu, zresztą.. widzi pan jakie ma skutki.
- Aż tak ciężko? No to chyba trafił pan na niełatwy orzech do zgryzienia.
- Owszem, proszę pana. Póki co mogę jedynie bezradnie patrzec jak nachodzą moją klientkę, zastraszają ją i próbują posuwac się coraz dalej, do coraz bardziej brutalniejszych sposobów. Chcą coś wymusic, ale nie chcą powiedzie co. A z tych śladów które ja mam, to narazie nic począc nie mogę - westchnąłem.
- A wie pan kim są ci przestępcy?
- Nie mam pojęcia. Jedyne co wiem to to, że znają wszystkie informacje dotyczące mojej klientki, jej budżetu, domu, życia prywatnego. Wiedzą o niej dosłownie wszystko! Nie wiem.. albo wynajęli jakiegoś szpiega, albo muszą ją skądś znac. Jak narazie jest to jedną wielką niewiadomą. Jedno wyklucza drugie.
Stoję w miejscu, sprawa nie chce chociaż odrobinę brnąc. No cholera jasna! - machnąłem dłonią i uderzyłem pięścią zdrowej ręki o kamienny stół. Podskoczyłem wraz ze stołem, a z kieszeni mojej marynarki wyleciał świstek papieru.
- Spokojnie, panie Clouney. Bo jeszcze drugą rękę będę musiał panu naprawic - zaśmiał się ordynator, a widząc pod stołem kawałek papieru, oderwał ręcę od roboty i sięgnął po niego. Chcąc mi go podac, papier lekko się rozwinął, i ukazał się podpis, ten sam co na liście 'twój cichy wielbiciel', co przykuło uwagę ordynatora.
- To.. pańska własnośc? - spytał mężczyzna, patrząc mi głęboko w oczy.
- Czy moja, tak bym tego nie ujął. Bardziej jest to ślad zostawiony przez tajemniczych włamywaczy. Nie chciałem go otwierac przy klientce, dlatego jeszcze go nie obejrzałem. A.. stało się coś? - zapytałem.
- Ten podpis.. - wskazał palcem na papier - Ten podpis..
- Co z nim? Rozpoznaje pan? - podniosłem się z krzesła.
Ordynator odebrał mi kartkę, założył swoje ordynatorskie okulary, z maksymalnym powiększeniem i jeszcze raz, dokładnie przyjrzał się charakterze pisma i samemu podpisowi.
- No oczywiście, że tak! Ci sami przestępcy napadli rok temu na mój szpital, i wykradli bardzo trujące próbki, które powodują powolną i bolesną śmierc. Rozpoznaje pismo.. rozpoznaje podpis.. Jestem pewny, że to oni! - ordynator opadł ciężko na fotel, zdejmując okulary, a następnie masując się po czole.
- A więc oni już działają od dawna w grupie przestępczej.. Czy wie pan kim oni są? - dociekliwie próbowałem dowiedziec się jakiś rzeczownych informacji w tej sprawie.
- Nie mam pojęcia. Również jak napadli na mój szpital byli zamaskowani. Kamery również niczego nie zarejestrowały. Jednak.. myślę, że znam kogoś, kto mógłby panu pomóc.. przynajmniej mam taką nadzieje - odpowiedział ordynator, schylając się do szuflady swojego biurka.
- Któż to taki? - spytałem, modląc się w myślach, że wreszcie sprawa ruszy na dobrą drogę.
Ordynator po chwili uniósł się, i podał mi do ręki wizytówkę jakiegoś biura. Odebrałem tekturowy papier, na którym pisało 'Federal Bureau of Investigation FBI', czyli Federalne Biuro Śledcze.
- Myślę, że oni panu pomogą. Pewnie mają na koncie nie jedną działalnośc przestępczą, więc powinni byc już wcześniej notowani. Może pan powiedziec, że przysłał pana Paul Rowl, jestem ich dobrym przyjacielem, więc napewno udzielą panu niezbędnych informacji. Mam nadzieję, że to w czymś pomoże.
Uniosłem wzrok ku postaci ordynatora. Uścisnąłem mu mocno dłoń, po czym dodałem:
- Dziękuję panu, nie wiem jak mogę się odwdzięczyc. Nie, proszę nic nie mówic. I tak panu się odwdzięczę. Jeszcze raz bardzo dziękuję - uśmiechnąłem się.
- Do usług, panie Clouney. Nawet najlepsi detektywi potrzebują czasem pomocy. A mi może się pan odwdzięczyc w ten sposób, że zobaczę ich twarze za kratkami w więzieniu. To by było najlepsze! - ucieszył się ordynator, a kiedy emocje opadły, spojrzał na moją rękę i dodał:
- Ahh, przydałoby się w końcu pana naprawic - zaśmiał się ordynator.
Ja również się zaśmiałem, i z wielką ulgą usiadłem na krześle. Ordynator zszył mi ranę z wielkim uśmiechem na twarzy. Czułem, że wyobraził sobie tych zbiegów za kratkami w kiciu. I muszę przyznac, że całkiem przyjemny obraz, haha. Ale byłem niezwykle wdzięczny temu człowiekowi za pomoc. Może wreszcie natknę się na jakiś porządny ślad. Już mam spokojną głowę. FBI napewno mi pomogą w tej sprawie.
Kiedy ordynator skończył zszywanie mojej rany, jeszcze raz, z całego serca podziękowałem mu za pomoc. Zapłaciłem za wizytę, dorzuciłem napiwek, ponieważ głupio mi było, po tym jak mi pomógł, zostawic go chwilowo bez żadnej satysfakcji z tej pomocy.
Opuszczając szpital, na parkingu czekała na mnie zdenerwowana pani Andrea. Widząc mnie, czym prędzej podbiegła w moją stronę, i nerwowo pytała:
- No wreszcie pan jest! Co tak długo, nic panu nie jest? Złamana, potłuczona, przebita, pęknięta? Do jasnej cholery, coś poważnego? Zdrowy jest pan? Czy wszystko..
- Pani Andreo, spokojnie - zaśmiałem się, tym samym uspokajając kobietę - Nic mi nie jest, tylko mała rana do zszycia. Możemy już jechac do domu - uśmiechnąłem się do kobiety i stanąłem przy drzwiach auta.
Ale nagle coś mi się przypomniało. Wolnym ruchem odwróciłem się w stronę mojej klientki i powiedziałem:
- Pani Andreo.. ale tym razem JA poprowadzę - uśmiechnąłem się żartobliwie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz