wtorek, 22 kwietnia 2014

ROZDZIAŁ VI.

WIZYTA W SIEDZIBIE FBI.


Dzięki pomocy szanownego ordynatora Paula Rowl'a, byłem teraz naładowany pozytywną energią i chęcią pracy do działania. Przynajmniej miałem pewnośc, że dowiem się kim są ci przestępcy. A to był już bardzo dobry początek, który powoli, małymi kroczkami doprowadzi nas do setna tej sprawy. Pozytywna energia rozpierała mnie od środka i radowała moje serce.. cieszyłem się jak małe dziecko.
Ale też doskonale wiedziałem, jakim typem człowieka jest moja klientka. Chciałem jak najszybciej pojechac do tego biura, ale wolałem, żeby pani Andrea ochłonęła, i odpoczęła w zaciszu domu. Oczywiście nie swojego, ponieważ przestępcy mogliby znowu próbowac przemocy w jej stronę. Dlatego zaoferowałem jej swoją pomoc:
- Pani Andreo - oderwałem na chwilę wzrok od jezdni - widac, że jest pani bardzo zmęczona dzisiejszymi przeżyciami. Chyba lepiej by było, gdyby pani nabrała sił, i odpoczęła, przynajmniej przez resztę dnia.
- Oo tak.. chwila ciszy i spokoju zdecydowanie wyszłaby mi na dobre.. - westchnęła pani Andrea.
- Hmm. To mam dla pani maleńką propozycje - uśmiechnąłem się, wyjąłem ze schowka samochodu klucze do mojego biura, i wręczając je do rąk pani Andrei kontynuowałem: - Wysadzę panią pod moim biurem, uda się pani do portierni i powie, że przysłałem tutaj panią w ramach relaksu. Tam moi ludzie i współpracownicy zaprowadzą panią do mojego gabinetu. Położy się pani na kanapie, naleje sobie najlepszego szkockiego wina, włączy telewizor, zasłoni żaluzje, i odpocznie. Co pani na to? Tylko niech pani nawet nie próbuje się wypierac i szuac wymówek. Niech to będzie w ramach rekompensaty, za te wszystkie szkody i przykrości których pani dzisiaj doznała. No pani Andreo, proszę nie dac się namawiac.
Pani Andrea po chwili zawahania, odważyła się wziąśc klucze, i w ramach odpowiedzi uśmiechnęła się do mnie szeroko.
- A.. pan? - spytała przejmująco kobieta.
- Ja mam jeszcze parę spraw do załatwienia na mieście. Mi też przyda się odrobina odpoczynku od tej sprawy. O mnie niech się pani nie martwi, doskonale dam sobie radę. Tylko będę panią jeszcze musiał prosic, o wypożyczenie mi na dzisiejszy dzień samochodu. Byłaby taka możliwośc? - spytałem.
Kobieta tylko przytaknęła. Widac zmęczenie odebrało jej głos. Nie dziwię się. Biedna kobieta..
Zgodnie z umową wysadziłem ją pod samymi drzwiami mojego biura detektywistycznego. Czekałem na parkingu tak długo, aż nie ujrzałem jej na szczycie budowli w oknie mojego gabinetu. Kiedy tam się znalazła, odetchnąłem z ulgą, i udałem się pod adres podany na wizytówce od ordynatora; do siedziby FBI.
Muszę przyznac, że nie jestem doskonałym kierowcą. Wiele razy zabłądziłem, chociaż praktycznie trasa do tej instytucji prowadziła główną drogą; cały czas prosto, a do 4 pierwszych skrzyżowań na lewo, prawo, lewo i prawo. Jednak nikt nie jest doskonały. Przynajmniej czułem się bezpieczniej niż kiedy pani Andrea była za kółkiem samochodu..
Po jakieś niecałej godzinie żmudnej drogi dotarłem w końcu pod ten adres. Byłem niezwykle zdziwiony, że w tak malutkim mieście, znajdowało się tak wielkie i potężne biuro siedziby FBI. Wprost niesamowite!
Udałem się do środka. Wow! Niesamowite miejsce. Niby jestem detektywem, i takie rzeczy nie powinny mnie wcale dziwic, ale mówię wam; już od samego wejścia coś mnie poraziło. To miejsce.. czułem, że oni mi pomogą, że pomogą mi ustalic alibi tych dwóch zbiegów. Może to poprostu mój cholerny optymizm..
Podszedłem do portierni, rozejrzałem się dokoła, aż w końcu spytałem jakiegoś wspólnika tego biura:
- Przepraszam bardzo. Nazywam się John Clouney i jestem detektywem. Prowadzę dochodzenie, i potrzebuję tutaj waszej pomocy. Waszą siedzibę polecił mi wasz dobry znajomy; doktor Paul Rowl - powiedziałem. Miałem doświadczenie w takich sprawach, i wiem, że dla nich bardzo ważne jest pierwsze wrażenie, i uwzględnienie wszystkich informacji dotyczących swojej osoby.
- Stary, poczciwy Rowl. Bardzo pomocny człowiek, angażuję się we wszystko. Witamy panie Clouney, naprawdę wiele o panu słyszeliśmy - uścisnął mi dłoń. - Ja nazywam się David Alesso, i jestem dyrektorem tego biura. Ale to nie istotne. W czym mogę panu pomóc?
- Otóż, jak już wspomniałem, jestem detektywem i aktualnie zajmuję się dochodzeniem w pewnej bardzo zagmatwanej sprawie. Potrzebuję ustalic alibi dwóch przestępców. Z pewnością byli już kiedyś notowani, ponieważ z tego co mi wiadomo, działają w grupie przestępczej.
- Rozumiem. Czy ma pan jakieś ślady należące do nich?
- Śladów nie mam, ale za to mam ich podpisy. Z tego co się orientuję, to z charakteru pisma też można ustalic i odczytac ich dane osobowe - wręczyłem Davidowi dwa świstki papierów.
- Nie będziemy się cackac, tylko od razu przejdziemy do ustalenia alibi podejrzanych. Zapraszam na 10 piętro, panie Clouney - gestem ręki dyrektor wskazał w stronę windy, którą pojechaliśmy prawie pod sam szczyt olbrzymiej budowli.
- Nasze biuro potrafi odczytac dane osobowe zbiegów nie tylko z podpisów czy zdjęc. Również z materiałów ubrań, śliny, odcisków butów i innych rzeczy. Nic nie jest dla nas niemożliwe. Więc i tym razem damy sobie z tym świetnie rade - zadeklarował się David, a w tym samym czasie drzwi do windy otworzyły się i wyjechaliśmy pod samą górę.
Nie da się opisac słowami tego, co tutaj się znajdowało. Wszystko wyglądało jak z filmu nominującego do nagrody nobla. Niesamowite. Te wszystkie sprzęty, ciężkie działa, monitory, komputery, pracownie.. i ci wszyscy zabiegani do ciężkiej pracy ludzie. Jak wielkie, nowoczesne, mechaniczne mrowisko!
Dyrektor podszedł ze mną do wielkiego komputera. Podpisy z listu i świstka papieru, włożył do specjalnego czytnika skanerowego. Komputer bardzo szybko i sprawnie odczytał podpisy zebrane z dowodów, i po niecałej minucie wyszukiwania w archiwach znalazł dwóch, tajemniczych przestępców. David powiększył obraz, z danymi osobowymi i wymierzył do rozmiaru całego monitora.
I teraz moim oczom ukazały się dwie postacie. Mianowicie Louis i Harry Parker; dwaj zbiegowie, już wcześniej notowani za większe działalności przestępcze. Na koncie mięli kilka włamań, kilka prób uśmiercania, kradzieże, notoryczne napady z użyciem niebezpiecznych broni i wiele wiele innych.
Z danych tego komputera wynika, że ich miejscem zameldowania jest.. Streetvell!? Przecież to niemożliwe. Gdyby to była prawda władze natychmiast zareagowałyby.. Chociaż w sumie.. Hah, władze miasta i jakakolwiek pomoc? Śmieszne.. Czyli to może byc prawda. Oni pochodzą z miasta pani Andrei.
Mężczyźni mają po trzydzieści parę lat, a działalnośc przestępczą rozpoczęli od około dziesięciu.
Mają jedno nazwisko, czyli są bracmi bądź bliską rodziną. Pierwszy raz mam do czynienia z takim czymś.
Wszystkie dane spisałem w moim notesie, oraz poprosiłem o skan ich zdjęc. Potrzebowałem konkretnych danych do nakierowania sprawy na dobrą drogę. Wszystko sprawdzałem kilkakrotnie, żeby nie zrobic pomyłki. Z satysfakcją w końcu zamknąłem swój notes i schowałem bo w bezpiecznej kieszeni wewnętrzenj mojej marynarki.
- Bardzo dziękuję za pomoc, zostaną państwo wynagrodzeni przez władze miasta, kiedy schwytamy tych przestępców - uścisnąłem mocno dłoń dyrektorowi.
- Proszę bardzo. Mam nadzieję, że uda się to panu jak najszybciej. Jest pan najlepszym detektywem w całym kraju, więc nie mam się czego obawiac. Za to oni mogą już zacząc - uśmiechnął się David.
Dyrektor odprowadził mnie do drzwi wyjściowych. Jak to ja, jeszcze setki tysięcy razy mu dziękowałem, ale poprostu byłem prze szczęśliwy, że są jeszcze na świecie ludzie, którzy potrafią pomóc w potrzebie, i to bez łapówek czy wynagrodzenia.
Wychodząc w budynku, wprost latałem przez schody z radości. Cieszyłem się, jakbym wygrał los na loterię. Loterię, dzięki której mogę wreszcie wpakowac tych dwóch ludzi do więzienia, a przy tym uchronic miasto, a nawet kraj, przed kolejnymi przykrymi incydentami.
Wsiadłem do samochodu. Nie chciałem jeszcze mówic mojej klientce o mojej wizycie w FBI, oraz informacjach jakie uzyskałem, ale nie chciałem jej cały czas trzymac w niepewności. Jednak był już wieczór, a moja klientka potrzebuje odpoczynku. To kobieta w podeszłym wieku, teraz cisza i spokój są dla niej najważniejsze. Dlatego postanowiłem, że jutro z samego rana pojadę po nią, i podzielę się z nią uzyskanymi informacjami na temat dwójki przestępców. Napewno będzie zadowolona, że wreszcie znamy jakiś konkret rzeczowy w tej sprawie. Ale póki co niech kobieta odpoczywa, należy jej się.
W sumie, detektyw też człowiek. Odpoczynku potrzebuje, więc teraz ja skorzystam z odrobinki relaksu. Udałem się do mojego skromnego domu, rozebrałem się, nalałem kieliszek dobrego, włoskiego, białego szampana i rozłożyłem się zmęczony na fotelu. Potrzebowałem odpoczynku, ale wiedziałem, że nie zasnę. Jestem na dobrej drodze. A sprawa wreszcie brnie w dobrym kierunku..


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

ROZDZIAŁ V.

DOBRE WIEŚCI PRZY BOLESNYCH OKOLICZNOŚCIACH.


W drodze do szpitala bardzo parzyła mnie ta tajemnicza kartka. Kusiła mnie niepojętnie mocno, lecz moja silna wola i hart ducha stawiały opór tej diabelskiej ciekawości. Poza tym nie chciałem robic zamieszania i afery przy pani Andrei. Uważam, że wystarczy na dzisiaj emocji, jak dla niej. Chociaż znając życie, ono lubi zaskakiwac, jednak mam nadzieję, że już dzisiaj nie natkniemy się na żadną 'niespodziankę'..
Kiedy na chwilę przestałem myślec o tej sprawie, zwłaszcza o tej kartce, moje myśli przeszył straszliwy ból; zawsze dziwiłem się ludziom, którzy chcąc wyrzyc się na kimś, robią to właśnie na sobie. Uważałem takich ludzi za głupców. A teraz proszę, karty się szybko odwróciły, i to teraz ja jestem tym głupim, bezrozumnym człowiekiem. W sumie, nigdy nie uważałem się za kogoś inteligentnego lub mądrego. Chociaż to chyba kwestia samokrytyki, ale moją samoocena jest bardzo niska. Może i wyglądam na wymądrzałego i pewnego siebie mężczyznę, no ale cóż, ludzie bywają dziwni - a pozory mylą..
Weźmy na przykład taką panią Andree. Niby spokojna kobieta, a zarazem niezwykle opanowana, a za kółkiem samochodu prawdziwy pirat drogowy! Przecież ona tak szaleje na jezdni, że Chuck Norris przy niej się chowa i zostaje daleko w tyle. Niesamowita kobieta..
Ale nie dziwie jej się. Ból widac było w moich oczach, a pani Andrea jest bardzo spostrzegawcza i szczególnie wyczulona na takie sprawy. Czasami nawet odnoszę wrażenie, że jest panem Watsonem z Sherlock'a; nic nie umknie jej uwadze.  Nie umiem powiedziec, a raczej określic, czy jest to jej zaleta czy wada, dlatego nie chciałem przy niej otwierac tego papierku.
- Trzyma się pan? - spytała kobieta, spoglądając na mnie do tyłu samochodu.
- Jeszcze tak.. ale byłbym wdzięczny jednak, gdyby pani patrzyła bardziej na drogę.. - nerwowo wskazywałem palcem na przednią szybę auta.
- A tak tak, oczywiście.. - obejrzała się do przodu kobieta, a po chwili ciszy stwierdziła:
- Chyba nie jest pan zwolennikiem szybkiej jazdy - uśmiechnęła się złowieszczo kobieta.
- Wie pani, kobieta za kierownicą jest nieprzewidywalna, zwłaszcza w takich prędkościach.
- Haha, spokojnie panie Clouney, przynajmniej już dojechaliśmy pod szpital - zaśmiała się kobieta i z piskiem opon zaparkowała przy podjeździe do szpitala.
Ledwo wysiadłem z samochodu. Pierwszy raz w życiu cieszyłem się, że jestem pod szpitalem. Przynajmniej nie muszę obawiac się o swoje życie. Nie żebym się bał, ale jak już mówiłem; z kobietami nigdy nic nie wiadomo.
Weszliśmy do szpitala, podszedłem do recepcji i zarejestrowałem się. Nie musiałem długo czekac na przyjęcie mnie przez jakiegoś lekarza. Już po krótkiej chwili zawołano mnie do gabinetu.
- Witam panie doktorze - podałem dłoń, którą uścisnął mi ordynator tego szpitala.
- A witam, panie Clouney - odpowiedział, a ja bardzo zdziwiony, że mnie zna, chciałem się dowiedziec skąd wie kim jestem, jednak ordynator już wyprzedził moje pytanie - Jest pan prawdziwą gwiazdą w naszym miasteczku!
- Gwiazdą? - zaśmiałem się - Niby z jakiego powodu?
- Osiągnął pan w życiu wiele sukcesów. Rozwiązał pan niejedną najtrudniejszą zagadkę. Jest pan najlepszym detektywem w całym kraju. Wszystkie gazety i kolorowe czasopisma huczą o panu!
No proszę, czego ja się tutaj dowiaduję! Jestem gwiazdą, ale numer! Teraz tylko czekac, aż wręczą mi klucz do miasta, i te wielkie złote nożyce. Marzenie każdego przeciętnego człowieka..
- Ale chyba nie przyszedł pan tutaj, żeby powspominac pańskie osiągnięcia. Widzę, że miał pan mały wypadek. Mogę obejrzec ranę? - spytał ordynator.
- Ależ proszę - położyłem rękę na zimny, kamienny stół, nad którym położona była lampa pomocnicza. Ordynator dokładnie obejrzał ranę, i zaśmiał się.
- Nie dośc, że bohater wśród detektywów, to jeszcze cholerny szczęściarz. Kawałek szkła o mały włos nie przebił panu nerwów w ręce. Haha, normalnie cud! Zszyję panu ranę i może pan wrócic do domu.
- Całe szczęście! Bo moja klientka niańczyłaby mnie jak dziecko - westchnąłem z ulgą.
- A to pan w trakcie rozwiązywania kolejnej zagadki? - spytał ordynator, wyciągając z szuflady swojego biurka igły i nici.
- Tak, ale bardzo wolno ta sprawa brnie do przodu, zresztą.. widzi pan jakie ma skutki.
- Aż tak ciężko? No to chyba trafił pan na niełatwy orzech do zgryzienia.
- Owszem, proszę pana. Póki co mogę jedynie bezradnie patrzec jak nachodzą moją klientkę, zastraszają ją i próbują posuwac się coraz dalej, do coraz bardziej brutalniejszych sposobów. Chcą coś wymusic, ale nie chcą powiedzie co. A z tych śladów które ja mam, to narazie nic począc nie mogę - westchnąłem.
- A wie pan kim są ci przestępcy?
- Nie mam pojęcia. Jedyne co wiem to to, że znają wszystkie informacje dotyczące mojej klientki, jej budżetu, domu, życia prywatnego. Wiedzą o niej dosłownie wszystko! Nie wiem.. albo wynajęli jakiegoś szpiega, albo muszą ją skądś znac. Jak narazie jest to jedną wielką niewiadomą. Jedno wyklucza drugie.
Stoję w miejscu, sprawa nie chce chociaż odrobinę brnąc. No cholera jasna! - machnąłem dłonią i uderzyłem pięścią zdrowej ręki o kamienny stół. Podskoczyłem wraz ze stołem, a z kieszeni mojej marynarki wyleciał świstek papieru.
- Spokojnie, panie Clouney. Bo jeszcze drugą rękę będę musiał panu naprawic - zaśmiał się ordynator, a widząc pod stołem kawałek papieru, oderwał ręcę od roboty i sięgnął po niego. Chcąc mi go podac, papier lekko się rozwinął, i ukazał się podpis, ten sam co na liście 'twój cichy wielbiciel', co przykuło uwagę ordynatora.
- To.. pańska własnośc? - spytał mężczyzna, patrząc mi głęboko w oczy.
- Czy moja, tak bym tego nie ujął. Bardziej jest to ślad zostawiony przez tajemniczych włamywaczy. Nie chciałem go otwierac przy klientce, dlatego jeszcze go nie obejrzałem. A.. stało się coś? - zapytałem.
- Ten podpis.. - wskazał palcem na papier - Ten podpis..
- Co z nim? Rozpoznaje pan? - podniosłem się z krzesła.
Ordynator odebrał mi kartkę, założył swoje ordynatorskie okulary, z maksymalnym powiększeniem i jeszcze raz, dokładnie przyjrzał się charakterze pisma i samemu podpisowi.
- No oczywiście, że tak! Ci sami przestępcy napadli rok temu na mój szpital, i wykradli bardzo trujące próbki, które powodują powolną i bolesną śmierc. Rozpoznaje pismo.. rozpoznaje podpis.. Jestem pewny, że to oni! - ordynator opadł ciężko na fotel, zdejmując okulary, a następnie masując się po czole.
- A więc oni już działają od dawna w grupie przestępczej.. Czy wie pan kim oni są? - dociekliwie próbowałem dowiedziec się jakiś rzeczownych informacji w tej sprawie.
- Nie mam pojęcia. Również jak napadli na mój szpital byli zamaskowani. Kamery również niczego nie zarejestrowały. Jednak.. myślę, że znam kogoś, kto mógłby panu pomóc.. przynajmniej mam taką nadzieje - odpowiedział ordynator, schylając się do szuflady swojego biurka.
- Któż to taki? - spytałem, modląc się w myślach, że wreszcie sprawa ruszy na dobrą drogę.
Ordynator po chwili uniósł się, i podał mi do ręki wizytówkę jakiegoś biura. Odebrałem tekturowy papier, na którym pisało 'Federal Bureau of Investigation FBI', czyli Federalne Biuro Śledcze.
- Myślę, że oni panu pomogą. Pewnie mają na koncie nie jedną działalnośc przestępczą, więc powinni byc już wcześniej notowani. Może pan powiedziec, że przysłał pana Paul Rowl, jestem ich dobrym przyjacielem, więc napewno udzielą panu niezbędnych informacji. Mam nadzieję, że to w czymś pomoże.
Uniosłem wzrok ku postaci ordynatora. Uścisnąłem mu mocno dłoń, po czym dodałem:
- Dziękuję panu, nie wiem jak mogę się odwdzięczyc. Nie, proszę nic nie mówic. I tak panu się odwdzięczę. Jeszcze raz bardzo dziękuję - uśmiechnąłem się.
- Do usług, panie Clouney. Nawet najlepsi detektywi potrzebują czasem pomocy. A mi może się pan odwdzięczyc w ten sposób, że zobaczę ich twarze za kratkami w więzieniu. To by było najlepsze! - ucieszył się ordynator, a kiedy emocje opadły, spojrzał na moją rękę i dodał:
- Ahh, przydałoby się w końcu pana naprawic - zaśmiał się ordynator.
Ja również się zaśmiałem, i z wielką ulgą usiadłem na krześle. Ordynator zszył mi ranę z wielkim uśmiechem na twarzy. Czułem, że wyobraził sobie tych zbiegów za kratkami w kiciu. I muszę przyznac, że całkiem przyjemny obraz, haha. Ale byłem niezwykle wdzięczny temu człowiekowi za pomoc. Może wreszcie natknę się na jakiś porządny ślad. Już mam spokojną głowę. FBI napewno mi pomogą w tej sprawie.
Kiedy ordynator skończył zszywanie mojej rany, jeszcze raz, z całego serca podziękowałem mu za pomoc. Zapłaciłem za wizytę, dorzuciłem napiwek, ponieważ głupio mi było, po tym jak mi pomógł, zostawic go chwilowo bez żadnej satysfakcji z tej pomocy.
Opuszczając szpital, na parkingu czekała na mnie zdenerwowana pani Andrea. Widząc mnie, czym prędzej podbiegła w moją stronę, i nerwowo pytała:
- No wreszcie pan jest! Co tak długo, nic panu nie jest? Złamana, potłuczona, przebita, pęknięta? Do jasnej cholery, coś poważnego? Zdrowy jest pan? Czy wszystko..
- Pani Andreo, spokojnie - zaśmiałem się, tym samym uspokajając kobietę - Nic mi nie jest, tylko mała rana do zszycia. Możemy już jechac do domu - uśmiechnąłem się do kobiety i stanąłem przy drzwiach auta.
Ale nagle coś mi się przypomniało. Wolnym ruchem odwróciłem się w stronę mojej klientki i powiedziałem:
- Pani Andreo.. ale tym razem JA poprowadzę - uśmiechnąłem się żartobliwie.

niedziela, 16 marca 2014

ROZDZIAŁ IV.

PRZESTĘPCY DAJĄ SIĘ WE ZNAKI.


Pani Andrea zbladła w jednej chwili. Myślałem, żeby wezwac pogotowie, ponieważ wyglądała jakby zobaczyła ducha. Wolno upadła bezradnie na fotel. Jej wzrok tkwił zapatrzony w podłogę, a jej ręce były splecione; trzęsące się z sekundy na sekundę coraz bardziej. Upadłem koło niej na podłodze.
Słyszałem przyspieszone bicie serca. Kobieta wyglądała strasznie. W sumie, nie dziwie jej się.
Chyba reakcja każdego byłaby podobna do niej, jeżeli ktoś dowiedziałby się, że przestępcy czyhają na jego życie nie wiedząc, o co im tak właściwie chodzi i co planują zrobic; czy zabic, czy uwięzic czy wykorzystac.
Kobieta była zdruzgotana. Z pewnością bała się o swoje życie, zwłaszcza, że jest osobą w podeszłym wieku i wszelki stres związany z tą sprawą może spowodowac upadek na zdrowiu. 
W końcu uniosła wzrok ku mojej twarzy. I teraz mogłem zauważyc, jej zalane łzami oczy. W jednej chwili zrobiło mi się jej strasznie szkoda, więc przybliżyłem się, i mocno ją przytuliłem. Kobieta była bardzo samotną osobą, więc z pewnością takie drobne gesty wiele dla niej znaczą. 
Ale kiedy ją objąłem, poczułem się jakoś dziwnie. Czułem coś, jednak nie wiedziałem zupełnie co takiego. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że znam tę kobietę od lat, nawet i od urodzenia.
W tym jednym uścisku czułem wiele emocji. To uczucie wydało mi się bardzo znajome, a jednak tak bardzo dziwne i dla mnie nowe. Ale gdy przymknąłem oczy, widziałem coś jeszcze.. tak jakby.. zamazany obraz, w którym jest jakieś dziecko.. chyba mały ja, przytulający kogoś.. chyba moją mamę.. ale nie widziałem twarzy.. obraz był całkiem zamazany.. ale.. chyba coś widzę.. TAK. Zamazany obraz powoli zlewa się w jedną całośc.. o! Już widzę twarz.. to jest.. to jest..
Nagle z cudownej wizji wyrwało mnie silne dobijanie się do drzwi. Otworzyłem oczy i od razu stanąłem na bacznośc. Kobieta również oprzytomniała, ale przerażona skuliła się na fotelu.
- To oni.. - wydukała i trzęsąc dłonią wskazała palcem w stronę drzwi.
- Niech pani teraz się nie rusza, i najlepiej nic nie mówi - uspokoiłem ją i szybko podbiegłem zgasic światła w całej rezydencji.
Szybkim susem znalazłem się koło drzwi, opierając się o sąsiadującą z nimi ścianę, wyciągnąłem z płaszcza moją podręczną broń, i trzymając ją mocno w obu dłoniach, czekałem co się wydarzy.
Przestępcy jeszcze przez pewien czas dobijali się do drzwi, aż w końcu hałas ucichł.
Wydawało się, że sobie poszli, jednak ja ani na chwile nie straciłem czujności.
Jednak w między czasie nic nowego się nie wydarzyło, więc schowałem pistolet i podbiegłem szybko do okna, ale nic nie było widac. Niebo było pochmurne i mgliste, nie widziałem zupełnie nic.
Po chwili poczułem czyjąś rękę na moim ramieniu. Gwałtownie się odwróciłem. Była to pani Andrea, trochę ochłonęła.
- Widział ich pan? - spytała.
- Przez tą cholerną mgłę nic nie widac! - wkurzyłem się.
Pani Andrea chciała coś powiedziec, jednak nagle w oknie zobaczyłem, który zdawało się, że miał zaraz wrzucic coś przez okno. Przerażony rzuciłem się na panią Andree, i osłoniłem ją swoim ciałem, kiedy w sekundzie ktoś wybił szybę kamieniem, rzucając go w okno. Kiedy było po wszystkim podniosłem się, i szybko podbiegłem do okna, wychyliłem się z nadzieją, że zdołam ujrzec przestępce, jednak nikogo już nie widziałem. Z nerwów uderzyłem pięścią o ramę okna. Zawyłem z bólu; odłamki szkła przecięły mi rękę i utkwiły w niej - w efekcie krwawiłem. 
Pani Andrea podbiegła do mnie szybko.
- O mój boże, nic panu nie jest? - spytała troskliwie.
- Nie, nic.. - zacisnąłem wargi z bólu - Cholera jasna, uciekli nam!
- Niech pan się teraz nimi nie przejmuje, zawiozę pana do szpitala.
- Ale naprawdę nic mi..
- Koniec dyskusji, zawiozę pana i tyle.
Kobieta wzięła z torby kluczyki od auta i ubrała się.
Ja jeszcze raz odwróciłem się w stronę okna, jeszcze długo patrzyłem w mgliste pustkowie, aż w końcu wyszeptałem:
-,,Jeszcze was dorwę, cwaniaczki''.
Wstałem, zbliżajac się w strone drzwi potknąłem się o kamień, z którego wypadł jakiś świstek.
Wziąłem go do ręki, ale gdy chciałem otworzyc w drzwiach stanęła pani Andrea.
- Niech się pan pospieszy, wykrwawi mi się tu pan na śmierc!
- Spokojnie, już idę, pani Andreo - podchodząc do niej schowałem kartkę do kieszeni, i udaliśmy się do najbliższego szpitala w mieście.

niedziela, 26 stycznia 2014

ROZDZIAŁ III.

PODRZUCANE LISTY PIERWSZYM KLUCZEM TEJ ZAGADKI.


Resztę podróży do domu klientki spędziliśmy w ciszy. Kobieta czuła się wyraźnie nieswojo, siedziała skulona na fotelu, spoglądała przez szybę takim wystraszonym wzrokiem ..
Ja natomiast jak najbardziej skorzystałem z uroku tej chwili ciszy. Mogłem na spokojnie jeszcze raz wszystko przeanalizowac, poskładac do kupy i spróbowac wyłonic te najistotniejsze szczegóły, które mogą byc kluczem tej sprawy. Co zdążyłem zaobserwowac?
Mimo tego, że bardzo dużo się dowiedziałem, to nie usatysfakcjonowało mnie to. Zbyt dużo gadania, zbyt mało konkretów. Owszem, dowiedziałem się dużo rzeczy z życia mojej klientki, jest to niezbędne do dalszego śledztwa, jednak oczekiwałem czegoś co mogłoby wreszcie ruszyc sprawę do przodu.
Ale nie chciałem byc nachalny, dlatego chwilowo odpuściłem dalszy wywiad, zwłaszcza widząc niezbyt ciekawy stan mojej klientki.
Wreszcie po jakieś godzinie z hakiem dojechaliśmy na miejsce. Wysiadając z auta, ujrzałem wręcz coś wspaniałego; piękny, duży a zarazem taki mały dom; tą piękną villę ze spadku po dziadku klientki.
Coś naprawdę wspaniałego, o czym my, brytyjczycy, możemy sobie tylko pomarzyc.
Nie licząc królowej, prezydenta, posłów i innych ludzi z tej branży.
Dom był pilnie strzeżony przez ciężkie, żelazne bramy i kod, dlatego zdziwiło mnie, skąd przestępcy wdarli się na posesje? Bardzo dziwne. Chyba że podstawili tam wcześniej kamerkę szpiegowczą, którą idealni ustawili pod kątem tak, aby widziec cyferki kodu. Tak, chyba tak musięli zrobic.
Albo są jakimiś hakerami, ale to nie możliwe, takiego kodu i takie urządzenia nie da się oszukac.
Kobieta wpisała hasło, i brama z hukiem otworzyła się na oścież.
Wchodząc do ganka ogródka villi, zobaczyłem do czego zdolni byli przestępcy.
Niektóre szyby były wybite, drzwi od domu, chociaż stalowe, miały liczne wgniecenia, widac było również, że próbowali się dostac do środka, bo bardzo widoczne były ślady łomu.
No i oczywiście resztki napisów na ścianach, które nie zeszły, ponieważ najwidoczniej były zbyt dużo razy malowane i demaskowane.
Drzewa zniszczone, ogródek wydeptany, kwiaty wyrwane, mur wokół posiadłości częściowo zburzony. Widok nie najciekawszy .. teraz zrozumiałem strach i obawy mojej klientki.
- Nie mówiła mi pani że jest AŻ tak źle - powiedziałem, rozglądając się dookoła.
- Wie pan, nie ma się czym chwalic - sztucznie uśmiechnęła się klientka.
Kiedy kobieta szukała kluczy od mieszkania, ja bliżej przyglądnąłem się napisom na ścianach.
- Co tam było napisane? - spytałem wskazując na jeden z napisów.
- Różne obelgi, takie jak su.., ku.., dzi.. i inne tego typu określenia - kobieta otworzyła drzwi, i weszła do środka.
Ja zrobiłem jeszcze kilka zdjęc szkód wyrządzonych przez wandali, mogą się przydac do dalszego śledztwa, i wszedłem tuż za klientką, wchodząc, radziłem jej, aby zamknęła drzwi na kilka spustów, i tak też uczyniła.
- Czy oprócz zniszczeń na zewnątrz, dostawała pani coś jeszcze? - spytałem bacznie rozglądając się po mieszkaniu.
- Tak - kobieta wyjęła z szuflady z kuchni duże pudło, chyba po telewizorze, i położyła na stole - To są wszystkie listy, które mi podrzucali, tyle się tego nazbierało przez te kilka tygodni.
- To w takim razie oni musięli panią nachodzic kilka .. a nawet kilkanaście razy dziennie - przyznałem.
- I tak też było. Codziennie w skrzynce i przed drzwiami dostawałam takie listy, kiedy przeczytałam pierwsze kilkanaście, to kolejnych już nie czytałam, tylko odkładałam do tego pudełka.
- O jakiej treści były? - spytałem.
- Niech pan sam przeczyta, nie musi pan wszystkich, bo praktycznie każde z nich są o podobnej treści.
Dla mnie to było oczywiste, że nie przeczytam wszystkich, chyba więcej było tych listów niż wszystkich ludzi w Wielkiej Brytanii. Dlatego wyciągnąłem pierwszy lepszy list, o takiej treści:

'' Nie odpuścimy, nie damy się tak łatwo spławic. Będziemy cie nachodzic, dopóki nie oddasz nam czegoś, co jest dla nas bardzo ważne. Nie damy ci spokoju. Co dzień będziemy posuwac się do coraz gorszych rzeczy, aż w końcu dostaniemy to, czego chcemy. Radzimy ci samej nie wychodzic z domu, a jeśli już, to tylko ostrzegamy, że nawet ochrona królowej Wielkiej Brytanii nie dałaby nam rady. Więc lepiej uważaj na siebie. Pewnie zastanawiasz się, czego od ciebie chcemy. Nie zdradzimy ci tego, ponieważ chyba jesteś na tyle inteligentną kobietą, że potrafisz się sama domyślec. Podpowiemy ci jednak, w razie jakiegoś nieporozumienia, że jest to coś, z czym się od urodzenia nie rozstajesz. I nie odpuścimy, dopóki tego nie dostaniemy. Jeżeli nie chcesz samowolnie - to my to zrobimy za ciebie, z czystą przyjemnością.
Miej sie na baczności, chociaż nikt nie jest w stanie zapewnic ci stu procentowej ochrony.
Twój cichy wielbiciel ''

Po przeczytaniu tego listu, miałem pustkę w głowie.
Do tej pory myślałem, że celem przestępców jest kosztowny majątek i dom po spadku dziadka klientki.
Ale teraz, wszystkie moje podejrzenia, musiałem wyrzucic z pamięci. Tylko jednego nie mogłem zrozumiec.
Skoro nie szukają sposobu, na dorwanie się do majątku kobiety .. to czego tak naprawdę chcą?
I co najważniejsze, o co chodziło z tym, czego szukają. 
Czegoś z czym, cytuję 'nie rozstajesz się od urodzenia' .. Bardzo dziwna sprawa.
- Coś nie tak? - spytała kobieta, kładąc swoją dłoń na moim ramieniu.
- Z jednej strony tak, ponieważ wreszcie mamy coś, co na dobre ruszy sprawę z miejsca i poprowadzi w dobrym kierunku, jednak z drugiej strony, wszystkie moje dotychczasowe podejrzenia, okazały się totalną klapą. 
- Czyli .. ich celem nie jest mój majątek? - spytała ostrożnie kobieta, w jej głosie wyczuwałem panikę i strach w jednej postaci.
- Nie, nic z tych rzeczy - odpowiedziałem, całkiem spoważniając.
Uniosłem wzrok ku kobiecie, spojrzałem jej w oczy. Teraz wypadałoby jej odpowiedziec na pytanie, ale nie wiedziałem w jaki sposób to zrobic. Złożyłem list, i schowałem go pod kurtkę.
- Przyczyna tkwi znacznie bliżej niż się spodziewałem - ich celem, jest pani, pani Andreo.


                                      





sobota, 25 stycznia 2014

ROZDZIAŁ II.

TRUDNE DZIECIŃSTWO I DOROSŁE ŻYCIE.

W drodze do domu mojej klientki, postanowiłem bliżej przyjrzec sie tej sprawie.
Położyłem na kolana papiery i notki, przeglądając je, natknąłem się na bardzo ciekawe i ważne rzeczy, które przydadzą się do rozwiązania tej sprawy. Z notatek wynikało, że klientka jest bogatą osobą, która odziedziczyła bardzo majątkowy spadek po swoim dziadku, który był wyższej sławy biznesmenem.
Kobieta odziedziczyła po nim bardzo kosztowny dom, szacowany na około kilka miliardów dolarów. 
Chyba większośc brytyjczyków zebrana w kupę i zliczona majątkowo i funduszowo, nawet nie pokryłaby połowy wartości tej posiadłości. I w tej chwili zapaliła mi się zielona lampka w głowie.
Może dręczyciele którzy nachodzą moją klientkę dowiedzieli się o jej spadku i chcą go przejąc?
Może to byc prawdą, zważywszy na to, że jest to staruszka o kruchych kościach i niezbyt sprawna fizycznie, dlatego przestępcy nie mięliby problemu wejśc do domu, ukraśc dokument świadczący o świadku, i niezauważeni zmienic imię i nazwisko klientki, oraz jej dziadka, na swoje lub kogoś ze swojej rodziny.
Ale skoro tak, to po co ta cała zabawa i podchody? Nie lepiej byłoby sprawe załatwic od razu, zamiast listów, gróźb i znakach graficznych? Po co to wszystko?
Dlatego pomyślałem, że przyczyna może byc zupełnie inna. Tylko nie mogłem się domyślic jaka.
Mam za mało konkretów, a za dużo mniej potrzebnych do śledztwa rzeczy. 
Muszę się czegoś jeszcze dowiedziec. Musiałem się dowiedziec czegoś o mojej klientce, byc może ona zdradzi mi coś, co mogłoby byc kluczem do całej tej sprawy.
Dlatego korzystając z okazji, że staliśmy na przejeździe kolejowym, postanowiłem przepytac moją klientkę, 
i spróbowac dowiedziec się bardziej istotnych rzeczy w tej sprawie.
- Skoro mamy przez pewien czas ze sobą współpracowac, to może opowie mi pani coś o sobie?
Kobieta na słowa 'opowie pani coś o sobie' powoli uniosła wzrok w moją stronę. Bardzo głęboko mi się przyglądała. Jej siła wzroku przeszywała mnie do środka, i sprawiała uczucie dreszczy i zimna.
Ja również patrzyłem w jej oczy, czułem się jak zahipnotyzowany, dlatego szybko zacisnąłem powieki, 
i powróciłem myślami na ziemię.
- Opowie mi pani coś o sobie? - powtórzyłem pytanie.
Kobieta widząc, że nie uniknie tego pytania, spuściła wzrok i wbiła go w tapicerke. Przełknąwszy ciężko ślinę, zaczęła opowiadac o sobie i o swoim życiu.
- Nazywam się Andrea. Andrea Clauney. 
- To będzie prosto zapamiętac, mamy całkiem podobne nazwiska - uśmiechnąłem się, ale kobieta nie odwzajemniła mojego uśmiechu. Szybko spoważniałem - Mogłaby mi pani powiedziec coś o sobie, swoim życiu, i o pani dziadku? - spytałem ostrożnie, nie chcąc wyjśc na nachalnego, jednak praca mnie do tego zmusza.
- Jak już wcześniej wspominałam jestem całkiem sama. Nie mam rodziny, nigdy jej nie miałam, ponieważ pochodzę z domu dziecka, i w wieku 18 lat musiałam sama wyruszyc w świat. Za pieniądze z funduszu od ludzi z domu dziecka kupiłam dom, w którym bardzo długo musiałam się zaklimatyzowac. 
Jednak nie mogłam uwierzyc, że nie mam żadnej rodziny, że zostałam całkiem sama, dlatego postanowiłam na własną ręke poszukac kogoś, kogo kolwiek, byleby był z mojej rodziny.
Poszukiwania zajęły mi dobre dwa lata, aż w końcu w prasie znalazłam starszego biznesmena, o moim nazwisku. Postanowiłąm to sprawdzic, nie miałam już naprawde nic do stracenia. Pojechałam do jego domu, którym była wielka, i piękna villa. W życiu mogłam tylko o czymś takim pomarzyc. Wtedy nawet ledwo co na chleb mogłam uskubac. 
Pogadałam z nim, on rzeczywiście przyznał, że miał wnuczkę Adree Clauney, którą jego córka oddała do domu dziecka. Nie chciał mi powiedziec z jakiej przyczyny. Ale utrzymywaliśmy dalej kontakt, odwiedzałam go prawie codziennie, tak jak i on mnie.
W między czasie poznałam swojego juz zmarłęgo męża, z którym w niecały rok znajomości poślubiliśmy się.
Mięliśmy trójkę dzieci, Johna, Edwarda i Adama. Jednak Johna musiałam oddac pod opiekę sąsiadki, tak jak i dwójkę moich dzieci, ponieważ mąż je bił, i znęcał się. Był alkoholikiem, i nie panował nad sobą.
Ciężko jest o tym mówic, do tej pory nie mogę się z tym pogodzic.
 I tak minął rok, dwa, potem trzy .. aż w końcu rok temu, ubiegłej jesieni, dostałam list od notariusza, że mój dziadek umarł. To smutne. Ledwo co go poznałam, a już odszedł, i znowu zostałam całkiem sama. Ale no cóż, życie jest nowelą.
Udałam się więc do notariusza, który wręczył mi testament mojego dziadka, w którym wyraźne napisane było, że cały jego majątek przypisał na moją osobe. Wielkie było moje zdziwienie, ale zarazem radośc.
Na następny dzień otrzymałam już list potwierdzający, i od razu wprowadziłam się do tej villi. 
Mieszkało mi się wspaniale, ale jakoś tak po paru miesiącach ktoś zaczął mnie prześladowac. 
Jest ich chyba dwóch, twarzy nie potrafię rozpoznac, ponieważ noszą ze sobą kominiarki. Zaczęli podrzucac mi listy z groźbami, wypisywali różne obelgi na drzwiach i ścianach mojej posiadłości, dzwonią w nocy do drzwi, pukają, wręcz dobijają się, krzyczą. I tak się ciągnie już od kilku tygodni. Postanowiłam, że nie będe dłużej czekac, aż któryś z nich doprowadzi do nieszczęścia, dlatego szukając dobrego biura detektywistycznego, natknęłam się na pana, i poprosiłam o kontakt. Taka jest historia mojego życia - wypowiadając ostatnie zdanie kobieta spojrzała na mnie smutnym wzrokiem.
Urzekła mnie jej historia, kobiecina miała tak trudne życie, okropnie jej współczułem. Doskonale wiedziałem jak sie czuje. Historia jej życia była prawie taka sama jak moja. Oboje bez rodziny, sami musięliśmy sobie poradzic i sami musięliśmy dorastac, bez nikogo. Tyle że ona założyła później rodzine, a ja do tej pory nie.
Spojrzałem na nią, widząc zbierające się w jej oczach łzy, uścisnąłem mocno jej ręke.
- Niech pani weźmie się w garśc. Jest pani dzielną kobietą. Tyle pani w życiu przeszła, tyle pani wycierpiała, tyle pani wytrzymała, i jestem pewnien, że to też pani wytrzyma. A ja w tym pani pomogę, pani Adreo. Obiecuje, że nie spocznę, dopóki nie znajde tych sprawców, i nie dowiem się, co jest przyczyną tych najśc i przykrych niespodzianek. Daję pani słowo komisarza - drugą ręke położyłem na sercu, kobieta widząc mój gest, spojrzała na mnie, i uśmiechnęła się.
Teraz to ona zacisnęła jeszcze mocniej moją dłoń.

piątek, 24 stycznia 2014

ROZDZIAŁ I.

WAŻNE ZLECENIE.

Był chłodny, jesienny poranek. Jak zwykle, o wczesnej porze już spieszyłem szybkim krokiem w stronę agencji. Byłem ciekaw nowych zleceń, chociaż szczerze powiedziawszy, żadna zagadka nie jest dla mnie nierozwiązywalna, chociażby nie wiadomo jak była skomplikowana - John Clouney zawsze da rade.
Ledwo przekroczywszy próg agencji, cała załoga stała na bacznośc, w bojowej gotowości.
Jako pierwsza powitała mnie moja naczelna sekretarka.
- Witam panie Clouney, dostaliśmy nowe zlecenie - wręczyła mi papiery i dokumenty.
- Dziękuje, kto zgłosił deklaracje? - spytałem, wertując kartki notatek.
-  Jakaś kobieta, wydaje się, że jest to coś pilnego, prosiła o niezwłoczną odpowiedź i szybki kontakt.
- Wszyscy tak mówią .. a później okazuje sie, że są to w większości przypadków fałszywe alarmy - zaśmiałem sie, odkładając stos papierów na biurko.
- Rozumiem pana, jednak bardzo bym prosiła, chociaż o pozwolenie na przedstawienie przez tą kobietę sprawy, może jednak to coś pilnego - nalegała sekretarka.
- Ehh, no dobrze. Niech pani zgłosi tej kobiecie, żeby zameldowała sie teraz do biura.
- Tak jest - uśmiechnęła sie uprzejmie, i oddaliła sie do swojego pokoju.
Ja w między czasie, w ciszy i spokoju usiadłem w moim fotelu, w szuflady mojego biurka wyciągnąłem jeszcze niedokończoną paczkę papierosów, obróciłem się w stronę dużego okna w mojej kancelarii, i zapaliłem papierosa, rozmyślając nad swoim nudnym życiem, co było bezsensu, skoro i tak go nie rozumiem.
Wraz z czasem na czekanie na klientke, rosła liczba zapalonych papierosów. Zanim się obejrzałem zauważyłem, że zdążyłem wypalic pół paczki, około 10 sztuk.
W końcu, po jakieś godzinie, do drzwi mojego biura zapukała sekretarka.
- Przyszła klientka - obwieściła, zamykając za kobietą drzwi.
Już na pierwszy rzut oka mogłem coś stwierdzic o mojej klientce.
Była to kobieta w podeszłym wieku, po jej wyglądzie sugeruje, że miała około 60siątki.
Chudziutka jak szczypiorek, o twarzy praktycznie bez zmarszczek, rumianej cerze, i czarnych, lekko już siwawych włosach. Dało się widac, że była pochorowana i podupadła na zdrowiu, chociaż jej jakże młodziany wygląd był bardzo mylący. Jednak nic nie ukryje sie pod okiem Clouneya.
Gestem ręki wskazałem na fotel, kobieta jednak nie usiadła. Podszedłem do niej, i wyciągnąłem rękę.
- Nazywam sie John Clouney - podając rękę popatrzyłem jej w oczy.
- John? Miałam syna o takim imieniu - kobieta również spojrzała mi w oczy, z których lada moment zdawało się, że wypłynie ocean gorzkich łez.
Nie wiedziałem jak sie zachowac w takiej sytuacji ani co powiedziec, dlatego szybko zmieniłem temat.
- Co panią do mnie sprowadza? - spytałem.
- Kłopoty, proszę pana, kłopoty .. - odpowiedziała kobieta.
- Mogłaby panie troszkę jaśniej?
- Ciężko jest mówic o tym co się stało, ale wiem, że tylko tak może mi pan pomóc. Chodzi o to, że od pewnego czasu ktoś mnie prześladuje. Wysyła mi listy z groźbami, zostawia krwawe ślady na drzwiach, oknach i ścianach domu. Nachodzi mnie w nocy, puka, dzwoni, krzyczy. I tak się ciągnie już od dobrych kilku tygodni. Boje sie. Jestem całkiem sama. Mąż zmarł zaraz po tym, jak urodziłam pierwszego synka, właśnie tego Johna. Jego też straciłam, tak samo jak dwójkę jego rodzeństwa. Także w domu zostałam tylko ja. Dlatego strasznie sie boje, więc zwróciłam się o pomoc do pana. Może się panu to wydawac proste do rozwiązania, ale takie nie jest. Gdyby miał pan chwilkę czasu, pojechalibyśmy do mojego domu, i pokazałabym panu te wszystkie rzeczy, które mi podrzucał. A póki co proszę pana o pomoc - kobieta uroniła parę łez, więc podałem jej chusteczkę.
Oczywiście miała racje. Sprawa wydawała się dla mnie bardzo prosta, i do rozwiązania w góra 2 dni. 
Ale nie chciałem jej jeszcze bardziej pogrążac, poza tym, byłem bardzo ciekaw co też ten sprawca wysyłał tej kobiecie. Dlatego postanowiłem tą sprawą zając się jako pierwszą.
- Dobrze, w takim razie nie ma sensu odkładac to na później, sprawą zajmiemy się natychmiast. Jeżeli byłaby pani łaskawa poczekac chwile, zbiorę swoje rzeczy i możemy od razu pojechac do pani posesji.
- Dziękuje panu - kobieta uśmiechnęła się pod nosem niezauważalnie.
Wziąłem nową paczkę papierosów do kieszeni, zarzuciłem na siebie kurtkę, zabrałem papiery i dokumenty, aby jeszcze bliżej przyjrzec się tej sprawie, podczas jazdy do domu klientki, zameldowałem w portierni o swojej chwilowej nieobecności, i razem z kobietą udaliśmy się w stronę samochodu.
- Daleko pani mieszka? - spytałem otwierając automatem drzwi samochodu.
- Mieszkam w sąsiednim mieście, Streetvell, w centrum - odpowiedziała kobieta.
- Hmm, to dobrą godzinę jazdy stąd. A więc nie ma co zwlekac, wyruszamy - zatrzasnąłem za klientką drzwi, i ruszyliśmy w drogę.




WSTĘP.

Moje życie jest jedną wielką zagadką. Zagmatwaną, plączącą wszystkie drogi, nieodkrywalną. 
Nikt, nawet ja sam, nie jestem w stanie tej zagadki rozwiązac. Próbuje to zrobic już od wielu lat,
jednak na próżno. Nie znam siebie samego, nie wiem kim jestem. Dziwne, prawda?
Nie jest to objaw choroby, ani ułomności. Chodzi o to, że boje sie poznawac swoją osobe.
Nie wiem dlaczego. Może boje sie, że odkryje coś, co kompletnie zmieni mnie i moje nastawienie do życia?
Póki tego nie zrobie, nie dowiem sie, ale przełamanie sie jest bardzo ciężkie; wręcz niewykonalne.
Kim więc jestem?
Hmm, dobre pytanie. Odpowiem na nie na tyle, na ile potrafie.
Nazywam sie John Clouney. Z zawodu jestem komisarzem, który rozwiązuje różnego typu zagadki.
W obowiązkach zawodowych spisuje sie bardzo dobrze, zostałem odznaczony znakiem Komisarza Z Prestiżem, czyli jak na razie jest to najwyższy szczebel wyróżnienia wśród ludzi z tej branży.
Jednak musze byc naprawde dziwny, skoro rozwiązanie zagadek i przestępstw idzie mi wręcz rewelacyjnie,
a odkrycie siebie i własnego życia jest dla mnie niewykonalne.
Ale zostawmy ten temat, i wrócmy do mojej skromnej osoby.
Jestem człowiekiem w podeszłym wieku. Za chwile puknie mi czterdziestka; złoty wiek, a jestem ciągle sam.
Nie mam żony, dzieci, ani żadnej rodziny. Wszyscy poumierali albo wyjechali z rodzinnego kraju.
Dlatego może jestem taki skryty, ponieważ nawet nie ma do kogo gęby otworzyc?
Jedynie w pracy, ale co to za rozmowa, która kręci wokół przestępstw, zagadek i trupów? No właśnie..
Jednak postawiłem, że zmienie swój tryb życia, i może znajde kogoś kto ogarnie moje myśli i serce.
Ale która kobieta chciałaby takiego nudziarza i bałwana jak ja? 
Chciałbym sie zmienic, ale nie moge. Może dlatego że do tej pory miałem wygodne życie.
Nikomu nie przeszkadzałem, poruszałem sie do tej pory po świecie praktycznie niezauważalny.
I może to był błąd?
Mój entuzjazm szybko opadł, i dalej pozostałem przy swoim nudnym i monotonnym trybie życia.
No cóż, łatwo przyszło - łatwo poszło.
Aż pewnego dnia stało sie coś, co kompletnie zmieniło moje dotychczasowe szare życie.
Nie stało sie to od razu, dopiero po rozwiązaniu jednej interesującej zagadki.
A co sie stało? 
O tym przekonacie sie już niebawem.